Co złego się stało gdy zacząłem wyłączać internet w telefonie?

C

Nic się nie stało. Serio. Nadal mam kontakt ze znajomymi, rodziną, pracuję, żyję.

Na noc internet w smartfonie wyłączałem od zawsze. Po pierwsze, najczęściej mam na tyle lekki sen, że każdy głośniejszy dźwięk jest mnie w stanie obudzić a co dopiero smartfon, który wibruje, albo wydaje z siebie inne dźwięki za każdym razem gdy ktoś coś napisze, albo któraś aplikacja postanowi mnie o czymś niezmiernie ważnym poinformować.

Po drugie, dźwięki powiadomień można jakoś powyłączać na czas snu, ale jakoś podświadomie nie czułem się najlepiej gdy niedaleko mojej głowy przez noc leżało urządzenie z aktywną anteną.

Pewnego pięknego dnia, albo ponurego zimnego jesiennego wieczoru, nie pamiętam dokładnie, zacząłem się zastanawiać co by tak naprawdę się stało gdybym ten smartfonowy czas offline rozszerzył poza granice nocy.

Zacząłem od samochodu. Tu trochę bolało na początku, bo przecież jak każdy mega produktywny człowiek za którego się uważałem, nie lubiłem tracić czasu i wypychałem swój kalendarz po kokardę. Podczas jazdy np. słuchałem podcastów z YouTube. Zaryzykowałem jednak. Trochę się wzmacniałem, tłumacząc sobie, że owszem może tracę możliwość słuchania, ale za to zwiększam swoje i innych bezpieczeństwo na drodze bo nie będą mnie za kółkiem rozpraszały powiadomienia.

Po paru razach okazało się, że w sumie jest fajnie. Czas kiedy jadę sam mogę przeznaczyć na rozmyślanie, planowanie czy utrwalanie tego czego dowiedziałem się zanim wsiadłem do samochodu. Okazało się, że to doskonały czas na “trawienie informacji”, o którym pisałem w innym poście.

Skoro z samochodem się udało to pomyślałem, że czas na kolejny obszar. Może by tak nie włączać internetu podczas spaceru? To bardzo fajny czas, kiedy mogę przebywać i porozmawiać z ukochaną (chodzimy razem) i nie widzę żadnego powodu, żeby te chwile były przerywane dźwiękami smartfona.

W końcu doprowadziłem do sytuacji, w której telefon ma wyłączony internet przez większość czasu. Nie wyłączam urządzenia całkowicie bo w końcu służy ono do komunikacji i zawsze może się coś wydarzyć i ktoś może chcieć się ze mną skontaktować. Wtedy może zadzwonić, albo napisać SMSa. Sam aparat leży sobie jednak w szafce i nawet nie muszę na niego patrzeć.

Na początku powiedziałem sobie, że będę w nim włączał internet 2-3 razy dziennie, żeby sprawdzić czy ktoś czegoś do mnie nie napisał. Teraz, powiem szczerze, robię to coraz rzadziej. Postanowiłem, że moją “bramą do internetu” będzie laptop i tak dobrałem sobie aplikacje na smartfonie, żeby wszystko co do tej pory na nim sprawdzałem było dostępne przez laptopa. O tym z jakich apek korzystam napiszę pewnie innym razem.

Co tak naprawdę mi dało sprowadzenie smartfona do roli dumbfona, służącego jedynie do dzwonienia i SMSowania i uczynienie z laptopa jedynego narzędzia dostępu do sieci?

Przede wszystkim dało mi poczucie odzyskania kontroli nad swoimi działaniami. To ja a nie kto inny decyduję kiedy sprawdzić maila, komunikator czy media społecznościowe. Nie sprawdzam też odruchowo newsów czy innych informacji jak to miało miejsce kiedy telefon leżał ciągle w zasięgu ręki a ja miałem chwilkę wolną.

Kolejna sprawa to lepsza koncentracja. Skłamałbym pisząc, że przez większość dnia jestem offline. Pracuję zdalnie i w tym czasie z oczywistych względów jestem podłączony. Jednak ten czas jest czasem przeznaczonym na pracę i nie rozpraszam się kompulsywnym sprawdzaniem co tam na świecie i co tam ktoś ode mnie chce.

W końcu odnoszę wrażenie, że jestem spokojniejszy. Tak wewnętrznie, bo na zewnątrz jestem raczej zawsze spokojny. To może też wynikać z jeszcze jednego eksperymentu jaki robię na sobie od jakiegoś czasu a który nazywam roboczo “news detox”, niemniej jednak uniezależnienie się od smartfona ma na pewno w tym swój wielki udział.